Lista Schindlera jeszcze raz w naszych kinach

Lista Schindlera jeszcze raz w naszych kinach

30 listopada 2018 r. minęło 25 lat od światowej premiery „Listy Schindlera”. A już

30 listopada 2018 r. minęło 25 lat od światowej premiery „Listy Schindlera”. A już w najbliższą niedzielę film Stevena Spielberga będzie można (ponownie) obejrzeć na dużym ekranie w kinach w całej Polsce – także w Buku i Poznaniu. Data nie jest przypadkowa, bo 27 stycznia przypada w 74. rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau.

Mimo, że po latach – i kolejnych seansach – można dostrzec ułomności „Listy Schindlera”, to jednak przeniesiona na ekran historia biznesmena-oportunisty, który chciał się na wojnie dorobić, a koniec końców uratował 1100 Żydów – pracowników swojej krakowskiej fabryki – pozostaje jednym z najważniejszych filmów poświęconych tematyce Holocaustu. Śmiem twierdzić, że gdyby nie sukces tego filmu Agnieszka Holland nie nakręciłaby „W ciemności” (nominowanego do Oscara jako film nieanglojęzyczny), Roman Polański mógłby nie nakręcić genialnego „Pianisty” (który otrzymał m.in. Złotą Palmę w Cannes, a za reżyserię którego Polański odebrał swojego), a László Nemes wstrząsającego „Syna Szawła”. To pewien paradoks, bo przynajmniej dwa z tych filmów (po kilku latach „W ciemności” nie do końca się broni), uważam za lepsze od „Listy Schindlera” – z jej niezwykłą inscenizacją i realizacją, znakomitymi aktorstwem i doskonałym scenariuszem opartym na powieści Thomasa Keneally’ego.

Jest w tym filmie kilka scen „typowo hollywoodzkich”, które stylistycznie nie przystają do opowiadanej historii. Szwankuje też psychologia postaci drugoplanowych. Slavoj Žižek – słoweński socjolog, filozof i krytyk kultury – w swojej książce „W obronie przegranych spraw pisał: „(…) „Lista Schindlera” to na najbardziej podstawowym poziomie remake „Parku Jurajskiego” (i co więcej, gorszy niż oryginał) z nazistami w roli potwornych dinozaurów, Schindlerem (na początku filmu) jako cynicznie goniącą za zyskiem i oportunistyczną figurą ojca i Żydami z getta jako zagrożonymi dziećmi (ich infantylizacja w tym filmie aż kłuje w oczy) – film opowiada historię stopniowego odkrywania przez Schindlera swojego ojcowskiego obowiązku względem Żydów i jego przemiany w troskliwego i odpowiedzialnego ojca”. Pełna zgoda.

Warto jednak pamiętać, że przed „Listą Schindlera” Spielberg – z drobnymi wyjątkami jak „Kolor purpury” czy „Imperium słońca” – najczęściej kręcił kino rozrywkowe: trylogia Indiany Jonesa, „E.T.”, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, „Szczęki” czy „Park Jurajski”. Więc „Lista Schindlera” nie kino artystyczne, a próba połączenia hollywoodziego stylu opowiadania z bolesną i osobistą tematyką (Spielberg jest z pochodzenia Żydem).

Ten przedziwny mariaż się udał. „Lista Schindlera” zdobyła m.in. nagrody BAFTA i siedem Oscarów: dla najlepszego filmu, reżyserii, scenariusza adaptowanego (Steven Zaillian), (John Williams), zdjęć (Janusz Kamiński, który drugą statuetkę odebrał za Spielbergowego, rewelacyjnego „Szeregowca Ryana”), montażu (Michael Kahn) i scenografii (Allan Starski i Ewa Braun). Nominowano go również w kategoriach najlepszych kostiumów, charakteryzacji, dźwięku i rolach męskich – pierwszo- i drugoplanowej.

Liam Neeson jako Schindler jest rewelacyjny (to być może rola życia), ale film i tak kradnie Ralph Fiennes. Amon Goeth w jego wykonaniu to jedna z najbardziej przerażających postaci kinematografii, a oskarowa przegrana Finnesa w konkurencji Tommym Lee Jonesem (za rolę w „Ściganym”) uchodzi za jedną z największych pomyłek w historii statuetek. Wystarczy pierwsza scena, pierwsze zdanie wypowiedziane z tylnego siedzenia jadącego przez krakowskie getto auta, żeby domyślać z kim będziemy mieli do czynienia. Amon Goeth to uosobienie zła. Szalonego i nieprzewidywalnego, a przy tym magnetycznego.

To nie tak, że przed „Listą Schindlera” kino nie opowiadało o Holocauście (obejrzyjcie choćby dziesięciogodzinny dokument „Shoah” Claude’a Lanzmanna z roku 1983, który zdążył jeszcze porozmawiać i z ofiarami, i ze zbrodniarzami, ale też choćby z maszynistą, który prowadził lokomotywy wiozące ludzi to Treblinki). Ale to właśnie dzięki Spielbergowi ta tematyka przebiła się do zbiorowej świadomości widzów wychowanych na popkulturze. Tej zasługi nikt mu nie odbierze.

Dlatego kupcie bilety na niedzielny seans w kinie Wielkopolanin (godz. 17:00 i 20:30 – link tutaj) albo wybierzcie się do któregoś z poznańskich kin (Rialto, Pałacowe, Muza) i poświęćcie trzy godziny, żeby (kolejny raz?) przekonać się, że kino rzeczywiście może być piękne, mimo, że bywa bolesne.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o samym filmie, koniecznie sięgnijcie po ten artykuł Kuby Piwońskiego.

Najnowsze artykuły

Co ciekawego na ekranie

REPERTUAR

Powietrze w gminie