Człowiek orkiestra

Człowiek orkiestra

Do każdego, wydawałoby się prostego pytania, miał odpowiedź, w której kryła się długa, często

Do każdego, wydawałoby się prostego pytania, miał odpowiedź, w której kryła się długa, często wzruszająca historia. Samouk – nie ma wykształcenia muzycznego, ale jest wszechstronnie uzdolniony, gra na wielu instrumentach i jest śpiewakiem. Kim jest człowiek, który mógł być dyrektorem ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego, operowym śpiewakiem, a wybrał zawód nauczyciela w wiejskiej szkole? Poznajcie Piotra Gorońskiego – człowieka orkiestrę, dla którego każda zmiana w życiu jest cennym doświadczeniem i okazją do tego, żeby wziąć sprawy w swoje ręce. Dla niego nie ma rzeczy przypadkowych. Spotkaliśmy się krótko przed wyjazdem chóralnym do Hiszpanii.

Jest pan prezesem zespołu kameralnego Amici Canti.
Tak, jestem prezesem zespołu, menadżerem. Wiele lat wcześniej współpracowałem z Leszkiem Górką, założycielem i dyrygentem zespołu. Wtedy to był jeszcze zespół chóralny działający przy kościele parafialnym w Buku. Śpiewałem wtedy w Chórze Nauczycieli Miasta Poznania. Różnica 10 lat pomiędzy nami powodowała, że on był pracowitym i zdolnym młodzieńcem, a ja już byłem okrzepłym śpiewakiem. Poprosił mnie, żebym troszeczkę go wspierał.

Przychodząc już na dobre w 2009 r. do Amici Canti dostrzegłem miejsce dla siebie w tych szeregach, zarówno jako śpiewak i jako osoba, która ma predyspozycje i zdolności organizatorskie (tak mi się wydaje).

Miałem już pewną wizję i sposoby na pozyskiwanie wsparcia dla Amici Canti. Zacząłem od pytania “ile pieniążków mają na swoją działalność”, bo wtedy działali już przy M-GOK. Pamiętam, że zapytałem czy to kwota na miesiąc – “nie, na rok”. Postanowiłem coś z tym zrobić. Stopniowo pojawiały się większe sumy, ale to nie było naciągane. Potrafiłem argumentować, rozszerzaliśmy swoją działalność, pojawiliśmy się “tu i tam”. Zaczęliśmy aktywnie działać na terenie gminy i poza. W ubiegłym roku udało nam się nagrać płytę z muzyką rozrywkową. To była druga płyta wydana w tym czasie. Ogrom pracy, w związku z nagrywaniem płyty i ostatecznie piękne efekty tej mozolnej pracy, mobilizuje i wzmacnia nas do dalszej aktywnej działalności wokalnej. Nie tylko śpiewać w sali prób, ale gdzieś z tym pojechać. Trzeba też dbać, zabiegać o finanse, by było za co jechać. Od kilku lat by wesprzeć budżet MGOK przeznaczony na naszą działalność sami zarabiamy pieniądze. W ostatnich tygodniach zwróciliśmy się też do naszych fanów o wsparcie finansowe. Myślę, że wszystkie wysiłki podążają w dobrym kierunku, bo już za parę dni startujemy do upragnionej Hiszpanii.

Były wątpliwości czy uda się wyjechać do Hiszpanii?
Cały czas byliśmy pełni nadziei i robiliśmy wszystko, żeby nam się udało. Nie było tak, że siedzimy i “nie ćwiczymy, bo nie mamy pieniędzy”. Praca artystyczna to jedno, a działania organizacyjne, marketingowe, starania o finanse to odrębna i trudna sfera działania.

Wydaliście dwie płyty – “Kolędo nasza leć” i “Umów się ze mną na… piosenkę”.
Tak. Tytułowa piosenka “Kolędo nasza leć” z pierwszej płyty to utwór skomponowany przez Piotra Kuźniaka, znanego kompozytora i muzyka m. in. zespołu Trubadurzy. Zwróciliśmy się do niego z prośbą o zgodę na zapożyczenie tego utworu. Leszek Górka uznał, że fajnie byłoby zrobić go w wersji wokalnej wielogłosowej. Tym samym nawiązała się znajomość pomiędzy Amici Canti a Piotrem. Zaprosiliśmy go do Buku na koncert promujący płytę. Nie potwierdził, więc nie wiedzieliśmy czy przyjedzie. W trakcie trwania koncertu, kiedy Leszek zapowiada tytułowy utwór nagle zauważyłem Piotra. Błyskawicznie pojawiająca się myśl doprowadziła do tego, że podszedłem i  zapytałem, czy zechce z nami zaśpiewać. Ten fantastyczny i pełen entuzjazmu muzyk nawet nie wiedział w jakiej tonacji wykonujemy jego własny utwór, ale zgodził się bez problemu. Stanął między solistkami i zaśpiewał z nimi partie melodii głównej. Znajomi mówili, że świetnie zaaranżowaliśmy to “niby udawane wejście”. Byłem tym faktem rozbawiony wiedząc, że naprawdę to nie było reżyserowane.

Druga płyta jest z utworami rozrywkowymi. Przez lata, jak tylko Amici Canti istnieje, zawsze trwały poszukiwania takiego repertuaru, który byłby bardzo niekonwencjonalny, odkrywczy, niebanalny. Idea ta przyświecająca założycielowi i dyrygentowi cały czas była i jest przelewana na wszystkich „przyjaciół śpiewu” (tak tłumaczy się nazwę zespołu). Oczywiście sięgamy do repertuaru, który jest powszechnie znany, bo też taki śpiewamy. Z uwagi na to, że chcemy muzykować w wielogłosie to pojawiały się utwory rozłożyste jeśli chodzi o harmonię. W konkursie w Hiszpanii bierzemy udział w dwóch kategoriach – muzyka pop i muzyka sakralna. Tam śpiewamy “O Salutaris Hostia” – utwór ośmiogłosowy z towarzyszeniem duetu sopranowego. Utwór niezwykły w brzmieniu, nastroju i klimacie. To nas najbardziej interesuje, żeby wykorzystać potencjał osób charakterystycznie brzmiących, ich możliwości, żeby było ciekawie, niebanalnie. Jest to możliwe, ponieważ skład Amici Canti ma tak duży potencjał. Jeśli będzie on stale wzmacniany ustawiczną pracą na poziomie nowoczesnych zespołów wokalnych, które mają dużą opiekę fachową od strony emisji głosu, choreografii i innych, to możemy osiągnąć jeszcze więcej. Już teraz mierzy swoje siły, talent i pracę z chórami profesjonalnymi, akademickimi, z dużych ośrodków i miast.

Przed wyjazdem występujecie z repertuarem konkursowym przed bukowską publicznością.
Tak, to nie będzie koncert tylko udział w uroczystości mszy św. odpustowej. Chcemy wykonać utwory, które przygotowujemy na konkurs do Hiszpanii, bo uważamy, że to należy się bukowskiej publiczności, mieszkańcom.

W Waszym zespole są ludzie w różnym wieku.
Tak. Są osoby w wieku od 22 do 60 lat. Przedział jest duży, ale łączność dzięki muzyce jest mocna. To naprawdę jest silna grupa związana emocjonalnie. I to się czuje. Uważam, że trzeba to pielęgnować. Wszyscy czujemy potrzebę i chęć nie tylko śpiewania, ale i bycia razem.

Kiedy zespół powstał?
W 1996 r. i to się cały czas rozrasta. Kiedyś Leszek wspominał jak spotykał się z pierwszym składem, który liczył kilka osób. Teraz jest nas dziewiętnastu.

Jest ktoś jeszcze z początkowego składu?
Są dwie osoby – Leszek Górka i Justyna Jankowska. Te dwie osoby są od samego początku.

Wprowadził pan nowe osoby do zespołu?
Tak – swoją córkę, która skończyła szkołę muzyczną, jest flecistką. Wiem, że ma predyspozycje i dobrze śpiewa, ma słuch i poczucie rytmu, ale ponieważ przez wiele lat grała, to jako instrumentalistka mało używała swój głos. Miała okazję dostrzec swoje inne walory.

Inny przykład. Kiedyś w domu pojawił się młody chłopak i usłyszałem jak mówi “dobry wieczór”. To był taki niski i soczysty, nośny głos. Byliśmy akurat na etapie poszukiwania ciekawych głosów w grupie basów. Pomyślałem, że jeśli Rafał nie stroni od muzyki i lubi śpiewać to może okazać się to strzał w dziesiątkę. Okazało się, że przez kilka lat chodził do ogniska muzycznego, gdzie uczył się grać na gitarze. Oznaczało to, że jest muzykalny! Ma poczucie rytmu, słuch, ale był pewien mankament – on nigdy nie śpiewał. Był “surowy”, ale z potencjałem muzycznym. Dzisiaj śpiewa, jest czołowym przedstawicielem panów z basów.

Odkrył pan talent!
Tak. Chociaż nie jest to moja zasługa, tylko jego dobrego wychowania. 🙂 Przez to “dobry wieczór”. 🙂 Może gdybyśmy się nie spotkali, on by nie śpiewał, a ja bym nie wiedział, że jest taki fajny, młody chłopak. Takie sytuacje bardzo mnie cieszą i utwierdzają w przekonaniu, że nic się nie dzieje przypadkowo.

Można to odnieść do każdej sytuacji?
Często tłumaczę młodzieży, jako nauczyciel, wychowawca, że nie powinni się załamywać jeśli coś nie idzie po ich myśli. Nie zawsze ta najkrótsza, najprostsza droga jest tą najwłaściwszą. Często w życiu jest tak, że pozornie droga wiodąca w przeciwnym kierunku doprowadza nas ostatecznie do upragnionego celu. Liczy się wytrwałość, pracowitość. Można to porównać do moich ulubionych wędrówek górskich. Często droga okrężnym szlakiem będąca co prawda dłuższą, okazuje się ciekawsza, dostarcza nam wielu pięknych wrażeń i też doprowadza do celu. Nic się nie dzieje przypadkowo. Przestałem np. być dyrektorem szkoły podstawowej, ale wtedy pojawiły się dla mnie szanse i możliwości w innych aspektach życia. Mogłem dzięki temu spojrzeć na swoje życie i pracę zawodową z innej perspektywy. Dostrzegam w tym wiele pozytywów.

Na co dzień jest pan nauczycielem.
Zawodowo, niezmiennie od 29 lat pracuję w Szkole Podstawowej w Niepruszewie. 15 lat byłem dyrektorem tej placówki. To jest mój zawód, ale też moja pasja. Powinienem mieć dłuższy staż, ale robiłem kilka kroków w kierunku nauczycielstwa. Nieudany start na ukochaną geografię – zabrakło mi kilka punktów, żeby się dostać. Później, nie mając szans, bo nie mając podstaw na bazie szkoły muzycznej, poszedłem na egzaminy do szkoły pedagogicznej w Zielonej Górze. Świetnie wypadłem w części praktycznej, ale w części teoretycznej nie miałem odpowiedniego zasobu wiedzy i mnie odrzucono. Koniecznie chciałem być nauczycielem. Moja mama przez wiele lat była nauczycielem, siostra ojca przez wiele lat pracowała w szkole, była też dyrektorem. Byłem niemalże tym przesiąknięty. Pomyślnie zdałem egzaminy do studium nauczycielskiego, gdzie skończyłem studium nauczania początkowego i wychowania przedszkolnego. Potem trafiłem na 5-letnie studia magisterskie, gdzie przez trzy lata robiłem dwa kierunki. Wiedziałem, że pedagogiem to już jestem, ale chciałem jeszcze poszerzać o inne treści, ciągnęło mnie do psychologii.

Skończył pan studia i co dalej?
Miałem trzy drogi na starcie zawodowym. Dostałem propozycję śpiewania w chórze w Operze Poznańskiej. Druga – wtedy dopiero co otwierał się dworek w Skrzynkach i był tam potrzebny kierownik/dyrektor. Zupełnie przypadkowym kanałem ktoś do mnie trafił, byłem młodym człowiekiem, ale tam mnie chcieli. Trzecia opcja – mogłem uczyć w wiejskiej szkole w Niepruszewie. Wybrałem trzecią drogę i pracuję tam do dziś.

Nie żałował pan nigdy?
Nie. Nie powinno się odwracać, tylko iść w tym kierunku. Nie wiem co będzie za rok. Planować trzeba, ale też trzeba być otwartym na zmiany, które pojawiają się w naszym życiu. Nie szarpać się z tym, przyjmować z pokorą. Oczywiście, nigdy nie jest tak, że życie jest nam podane na tacy. Zawsze jest ten moment, gdzie i tak trzeba wybrać. Trzeba to zrobić w połączeniu intuicji, analizy możliwości i potrzeb, dobrej oceny sytuacji i ufności, że to co się przede mną pojawia jest specjalnie dla mnie. Taką mam filozofię życia.

Jakich przedmiotów pan uczył przez te lata?
Pierwsze i podstawowe kwalifikacje uprawniają mnie do pracy z dziećmi w przedszkolu i klasach 1-3, ale wchodząc do szkoły byłem wtedy jedynym mężczyzną i dostałem przedmioty, których nikt nie chciał wziąć – prace ręczne (później technika). Pochodzę z rodziny, gdzie dziadek i ojciec uczyli mnie wielu rzeczy. Umiem majsterkować i chętnie się tym zająłem. Uczyłem w-f, bo też taka była potrzeba. Kiedyś, w wieku juniorskim, półprofesjonalnie grałem w piłkę ręczną i w piłkę nożną.

Po 9 latach pracy nauczycielskiej, w momencie przejścia na emeryturę mojego szefa, przystąpiłem do konkursu na stanowisko dyrektora. Komisja konkursowa wybrała właśnie mnie i zacząłem kierować niepruszewską szkołą. W 2003 r. wszedł obowiązek tworzenia sal komputerowych. Brakowało nie tylko komputerów, które dzięki wspaniałej współpracy życzliwych wtedy rodziców oddanych szkole i dzieciom wkrótce zakupiliśmy. Brakowało nauczyciela z kwalifikacjami. Sytuacja, która się pojawiła potwierdziła moje spojrzenie na życie. Podjąłem studia podyplomowe z zakresu informatyki na poznańskiej Akademii Ekonomicznej. Od tamtego czasu głównie zajmuje się informatyką, ale prowadzę również zajęcia w świetlicy.

Lokalnie wspieram również panią dyrektor ze szkoły branżowej, gdzie prowadzę zajęcia z informatyki oraz w niepublicznej szkole podstawowej. Tam oprócz informatyki uczę muzyki, a pani dyrektor wiedząc, że jestem obdarzony umiejętnościami, skorzystała z możliwości pominięcia często zbędnej biurokracji i poprosiła również o to.

Nie ma pan wykształcenia muzycznego? Gdzie nauczył się pan grać?
Nie, miałem 3-letnią przygodę w ognisku muzycznym i uczyłem się grać na akordeonie – to jest mój pierwszy instrument. Później miałem skomplikowane złamanie ręki i przeniosłem się na instrument poziomy. Pianino, fortepian, organy stwarzały mi okazję do rozwijania swoich muzycznych pasji. Czasem korzystałem z wiedzy i umiejętności mojej siostry, która pokonywała stopniowo kolejne progi edukacji muzycznej, łącznie z wrocławską Akademią Muzyczną, ale głównie sam dawałem sobie radę.

Samouk! Jakie instrumenty jeszcze?
Tak. Po drodze był też saksofon, gitara, gitara basowa, fortepian, organy, a później miałem jeszcze długą przygodę z innym instrumentem.

Gitara to była taka “potrzebo-moda”? Działając w chrześcijańskim ruchu światło-życie pojechałem na rekolekcje. Tam zobaczyłem, że starsi ode mnie machają gitarami i stwierdziłem, że się nauczę. Moja kuzynka, która chodziła na prywatne lekcje, po roku już coś umiała, a ja trochę z zazdrością na to spoglądałem. Zapytałem ją czy ma jakieś materiały, pokazała mi zeszyt i od razu chciałem pożyczyć od niej gitarę. Tłumaczyła się, że musi ćwiczyć – “dzisiaj jest piątek wieczór, ja ci jutro rano ją przyniosę”. Przez całą noc przerobiłem ten zeszyt. Po miesiącu wynegocjowałem z rodzicami, że wspólnymi siłami uda nam się kupić taką gitarę. Był problem z zakupieniem – instrumenty muzyczne były drogie i trudno dostępne. Wkrótce jednak udało się!

Od tego czasu przeżyłem fantastyczny okres. Tu w Buku był taki super kapłan, ksiądz Tadeusz Magas. Skupiał przy sobie grupę studentów i starszej młodzieży m. in. pierwszą panią burmistrz Halinę Klarę. Ja byłem od ekipy o kilka lat młodszy. Jeździliśmy w góry. Dzięki nim poznałem Tatry. Byliśmy potajemnie wspieraczami budowy Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej w Zakopanem. Mieszkaliśmy u kierownika szkoły w Kościelisku, który był konspiracyjnym szefem grupy społecznej pracującej przy budowie. Jednego dnia lataliśmy z taczkami i woziliśmy żwir, a drugiego szliśmy w góry. I tak przez miesiąc. Każdy wziął jakieś konserwy, mleko, chleb i się jechało. I ta gitara wspierała mnie w tym. Dziewczyny również spoglądały na chłopaka gitarzystę łaskawszym okiem. Przy muzyce i gitarze wszystko wydawało się prostsze, ciekawsze. W takich okolicznościach przeżyłem swoją pierwszą miłość. Gitara stała się odskocznią od dziecięcego przeżywania przygód muzycznych, które wcześniej opierały się na grze na akordeonie oraz śpiewaniu solistycznym.

Do czasu okresu mutacji regularnie uczestniczyłem w konkursach piosenki dziecięcej, radzieckiej (takie czasy) odnosząc sukcesy na poziomie regionalnym czy wojewódzkim. To w tych latach stałem się pomysłodawcą i pierwszym działającym, który tworzył tzw. msze młodzieżowe przy gitarze. Zainspirowany przez wspaniałego ks. Wiesława Kondratowicza zacząłem swe działania od odważnej rozmowy z ówczesnym proboszczem ks. Teofilem Ratajczakiem, który mimo swoich tradycyjnych poglądów na temat muzycznej oprawy liturgicznej z pewnością wyczuwał potrzebę chwili. W krótkim czasie msze młodzieżowe zostały przeniesione do drewnianego kościółka, który przez młodzież był co niedzielę wypełniany po brzegi o godzinie 9:30. Po latach z dumą spoglądałem na to, zwłaszcza kiedy w msze młodzieżowe zaangażowała się moja córka Zuzanna – flecistka.

Okres licealny to był niezwykle barwny muzycznie czas. W istniejącym wtedy zakładzie pracy Metalplast dzięki zabiegom mojego kolegi Jarka Cieślaka i życzliwym zabiegom jego taty udało się pozyskać miejsce i skromne co prawda środki na zakup instrumentów. W niezwykły sposób odszukaliśmy się szybko by stworzyć pierwszy rockowy zespół nie tylko w Buku, ale i w okolicy. Tak powstał EPIZOD, który stał się ważnym epizodem nie tylko w moim życiu. Tworzyłem go w pierwszym składzie z kolegami z Buku i Opalenicy. Byli to:wspomniany Jarek Cieślak, Leszek Starybrat, Tomek Gola i Krzysztof Kańduła. Początkowo graliśmy covery naszych idoli muzycznych (Black Sabath, Deep Purple, Led Zeppelin), by z czasem zacząć tworzyć własne utwory. Liczne i częste koncerty przyciągały setki młodych ludzi spragnionych w tamtych latach wydarzeń muzycznych. Z czasem dokonywały się zmiany personalne i pojawili się kolejni cudowni koledzy. Mowa tu między innymi o Witku Andrzejewskim czy Jarku Starybracie (młodszym bracie starszego Starybrata :D). To wtedy powstał największy hit Epizodu, utwór mojego autorstwa zarówno w warstwie tekstu jak i muzyki. Bukowianie z naszego pokolenia pamiętają osławione Domino.

Zagrajmy wszyscy razem, zagrajmy choćby w domino, niech się rzadkością stanie, że komuś łzy z oczu płyną…
– tak pisał w refrenie młody autor tekstu, niejaki Piotr Goroński 🙂

Po kilku latach czując już spełnienie i szukając innych wyzwań wraz rozpoczynającymi się studiami przeniosłem swoją aktywność muzyczną do Poznania i Opalenicy. Opalenica to przeniesienie gitary do duszpasterstwa młodych, a Poznań to gwałtowne zainteresowanie się muzyką chóralną. Tkwię w niej niezmiennie od 32 lat. Był okres, kiedy aktywnie śpiewałem w 4 chórach jednocześnie. W tym jeden z nich był chórem polsko-niemieckim. To właśnie z chórami odwiedziłem najróżniejsze zakątki Europy często wtedy niedostępne dla wielu. Byłem kilka razy na olbrzymich chóralnych festiwalach zwanych Olimpiadami Chóralnymi zdobywając brązowe i srebrne medale. W 1990 r. z chórem Nauczycieli Miasta Poznania zdobyłem 5 miejsce na światowym konkursie chóralnym w Szwajcarii w ramach tzw. Róż Montreux. Śpiewaliśmy też w Holandii, Włoszech, Francji, dawnym Związku Radzieckim, na Węgrzech i wielu innych krajach.

Później, będąc już nauczycielem, poznałem fantastycznego człowieka, Wojciecha Wietrzyńskiego, który już wtedy dostrzegł braki w powszechnej edukacji muzycznej. Też był samoukiem! Alternatywne formy edukacji muzycznej, które on proponował, były na rynku jedyne. Wtedy Akademia Muzyczna chciała szukać nowych rzeczy, proponować coś ciekawego studentom. A mowa jest o małej piszczałce sześciootworowej – popularnie zwanym flażoletem, czy flecikiem polskim. Szybko przeszedłem kursy i zacząłem prowadzić zajęcia. Najpierw były to zajęcia dodatkowe w szkole (jeszcze nie byłem wtedy dyrektorem), a później jak uzyskałem moc organizacyjną to wprowadziłem to do edukacji powszechnej u siebie. Stworzyłem program autorski, o nazwie “Edukacja artystyczna w oparciu o flażolet”. Zostało to zaakceptowane przez Kuratorium Oświaty, dostałem wyróżnienie od pani kurator. W Niepruszewie cała szkoła, po paru latach, grała. Każde dziecko na pasowanie pierwszoklasisty dostało flecik. Jeśli do tego dołączymy łatwy i czytelny nawet dla 5-letniego dziecka zapis tabulaturowy to okazuje się, że nie ma chyba bardziej przyjaznego instrumentu melodycznego. Dzieci z natury są mniej cierpliwe niż dorośli. Flażolet dawał okazję, by po kilkunastu minutach można wydobyć pierwsze sensowne dźwięki, a pod koniec pierwszej lekcji zagrać nieskomplikowaną piosenkę. Kiedyś w zespole miałem po 40-45 dzieci, które grały na flażoletach. Na 130-150 uczniów! I to trwało przez całe lata.

Był pan jednym z współtwórców Stowarzyszenia na Rzecz Efektywnych Metod Umuzykalniania. Czym się zajmowaliście?
Zajmowaliśmy się poszukiwaniem ciekawych form, które by wspierały nauczycieli, którzy nie mają czasu, nie potrafią odkryć, odszukać inspiracji. U mnie w szkole 19 lat temu odbyły się międzynarodowe warsztaty muzyki tradycyjnej – te trwają do dzisiaj, ale już bez mojego udziału i w innym miejscu. My to nazywaliśmy warsztatami muzyki flażoletowej. W Wielkopolsce było 25 tysięcy flażolecistów. Najlepsi z nich przyjeżdżali na warsztaty do Niepruszewa.  Przy pomocy towarzystwa Polsko-Irlandzkiego, Domu Bretanii, Starostwa Powiatu Poznańskiego pozyskiwaliśmy środki i ludzi z zewnątrz – zawsze jakiegoś mistrza. Jednym z nich był cudowny Jen Luc-Thomas, niezwykły bretończyk. W niepruszewskiej szkole pojawił się też Emmanuel Parissel – z nim to w ogóle są niesamowite wspomnienia!

Zawsze w trakcie warsztatów były dwa koncerty – jeden w Domu Bretanii, a drugi chciałem zrobić tu lokalnie. Raz był to niepruszewski kościół, ale jak polski zespół grający muzykę bretońską rozwinął dudy bretońskie (biniou), bombardy i zaczął grać (to są instrumenty, które grają na odległość 6-7 km) to wystraszony proboszcz stwierdził: “ten sufit mi spadnie, nie wiem czy to jest odpowiednie miejsce na to”. Dał mi delikatnie do zrozumienia, że raczej nie – tym bardziej, że to była muzyka świecka. Nie dałem za wygraną, w gminie musi być odpowiednie miejsce.

I 18 lat temu uzyskałem zgodę z Gminy Żydowskiej. Sam osobiście sprzątałem w synagodze. Przez dwa dni, dwie noce, z pomocą moich przyjaciół, odgruzowaliśmy synagogę. Załatwiłem krzesła. Nic więcej. I wtedy w synagodze odbywał się pierwszy koncert. Z Urzędu Gminy nikt nie przyszedł mimo zaproszenia. Teraz synagoga jest w znakomitej kondycji, ale wtedy to była rudera. Drzwi się nie zamykały, okna się nie otwierały, ale koncert był.

Jak Emanuel dowiedział się, że koncert będzie w synagodze – to były wspólne koncerty z młodzieżą (skrzypce, akoderdeony, perkusje, nie tylko flażolety) – zapytał czy może wykonać jeden utwór, taki poza programem. Zagrał kołysankę żydowską (sam miał korzenie żydowskie), którą wniósł ktoś do jego rodziny z dawniejszych pokoleń. Kobieta miała wykształcenie muzyczne, przebywała w getcie żydowskim w czasie okupacji. Była świadkiem takiej sceny – obok niej, siedząca żydówka z martwym dzieckiem przystawionym do piersi. Nie miała już pokarmu, była wycieńczona, dziecko umarło, a ona wciąż je trzymała – licząc, że to dziecko przeżyje. I ona śpiewała, nuciła tę kołysankę: tadadam (…) dalej nie śpiewam, bo zacznę ryczeć. I on to zagrał w synagodze na swoim cudownie brzmiącym akordeonie diatonicznym, a później opowiedział tę historię. Przez 5 minut była cisza, nikt nie miał nawet ochoty zmienić umiejscowienia na krześle.

Do tej synagogi nikt nie zaglądał, jakby zapomniano – jest jakaś rudera – a wtedy ona ożyła. Dziś mam radość wielką, bo synagoga kiedyś odkopana przeze mnie dla celów artystycznych staje się współcześnie miejscem do tego przeznaczonym. Mogę tu chyba zaryzykować stwierdzenie, że wyprzedziłem w myśleniu i działaniu o blisko 20 lat lokalne władze samorządowe.

Jak został pan organistą w kościele w Wojnowicach?
Pamiętam taką sytuację sprzed 7 lat. Odebrałem telefon z propozycją zrobienia oprawy muzycznej podczas mszy w kościele w Wojnowicach. Odpowiedziałem, że chętnie przyjadę i chcąc kontynuować rozmowę, zapytałem kto tam jest proboszczem. Kojarzyłem, że wcześniej był ks. Tomek Sobolewski. Pamiętam jak był wikariuszem w Buku, graliśmy razem w piłkę. – “Nie, księdza Tomasza już nie ma. Jest nowy proboszcz – ksiądz Chrzanowski”. Od razu się poruszyłem i zapytałem – “Jan?”. – “Tak, a zna go pan?”. Jeżeli Jan Chrzanowski, mniej więcej określiłem wiekowo, to na pewno to jest ten ksiądz o którym teraz myślę. I tak została zakończona ta rozmowa.

Nadszedł ten dzień, pojechałem do kościoła z półgodzinnym wyprzedzeniem, żeby zobaczyć instrument i się zadomowić. Nigdy wcześniej tam nie grałem. Cały czas byłem ciekawy spotkania z księdzem Janem. Wyjaśnię dlaczego! To był rok 1980, sierpień, Gdańsk. Miałem 17 lat i byłem członkiem katolickiego Ruchu Światło-Życie i w jego ramach byłem na rekolekcjach. Potem zostałem też animatorem i działałem w tym ruchu przez parę lat. W 1980 r., trafiliśmy tam podczas strajków sierpniowych, młodzi ludzie (około 16-19 lat). Rekolekcje prowadził młody kapłan… Jan Chrzanowski. Bardzo się zżyliśmy, to była mała grupa. Ksiądz musiał zakończyć rekolekcje dwa dni wcześniej. W Gdańsku działy się rzeczy straszne. Zrobił wszystko, żeby wywieźć nas z Gdańska. Potajemnie nas transportował, jechaliśmy do Poznania dwa dni. Może te 13 dni, w tak trudnych, traumatycznych okolicznościach, dla takiego młodego chłopaka sprawiły, że on mi utkwił w pamięci. Jestem nadwrażliwcem, którą kamufluje fizjonomia, ale np. jak idę do kina to muszę mieć więcej chusteczek, nawet jak słucham muzyki, obejrzę obraz czy idę w góry, to się po prostu poryczę, tak mam.

I po ponad 30 latach za chwilę mam go spotkać. Cały czas ćwiczę, ale jestem niespokojny, przeglądam organy i słyszę ktoś z głosem mówiącym jakby do siebie człapie powoli po schodach: “Muszę iść zobaczyć tego człowieka, który podobno mnie zna”. Przygląda mi się i mówi “Piotrek?”. Padliśmy sobie w ramiona. Była już wtedy prawie 16:00 (wciąż pamiętam, która była godzina!) i mówi “przyjdź koniecznie do mnie na kawę”. Tydzień później zacząłem u niego już grać. I tak jestem już siódmy rok. To jest ważna postać w moim życiu. To był dla mnie jeden z pierwszych dowodów na to, że nic się nie dzieje przypadkowo. Mogłem wtedy przez telefon powiedzieć – nie, nie jadę.

Startuje pan w wyborach na radnego. Czy polityka to dobry kierunek?
Tak, startuję w wyborach na radnego, chociaż nie traktuję tego jako przygody z polityką. Raczej z powodów takiej troski o gminę, gdzie widzę wiele rzeczy nieprawidłowych, widzę też wiele możliwości. Co raz bardziej dostrzegam potencjał w miejscach, wśród ludzi, które są odkładane na bok lub niewykorzystywane i to mnie trochę boli.

Chciałbym wykorzystać również swoją wiedzę i doświadczenie. Uważam, że jestem obdarzony przynajmniej kilkoma cechami, które upoważniają mnie do tego, żeby stanąć w szeregach jeśli znajdzie to akceptacje osób, które będą o tym decydowały. Śmiało będę mógł pełnić takie obowiązki i zrobię to najlepiej jak potrafię.

Działa pan również z naszymi seniorami, wczasy dla seniorów, występy Pogodnej Jesieni…
Jestem instruktorem od strony muzycznej, prowadzę cotygodniowo zajęcia, ale wspieram też w takim globalnym układzie na ile mi czas i możliwości pozwolą. Za moment przewożę dekoracje na piknik patriotyczny, którego gospodarzem będzie Dom Dziennego Pobytu Pogodna Jesień.

Wczasy dla seniorów – to wakacyjny czas pobytu grupy seniorskiej, która przychodzi na zajęcia w Domu Kultury. Tam też działam tak społecznie, z zamiłowania. Wiem, że kiedyś sam będę starym człowiekiem. Dzisiaj przychodzący na takie spotkania to są ludzie w wieku moich rodziców, których bardzo szanuję i kocham. To są ludzie, którzy są dziadkami, a ja też wiele zawdzięczam swoim dziadkom. Mam duży szacunek dla tych ludzi i cieszę się, że takie domy senioralne są, że powstają i chętnie z takimi ludźmi się spotykam.

Piotr Goroński to człowiek “gaduła” (w pozytywnym znaczeniu tego słowa!), który ma wiele do powiedzenia. Jeśli przebrnęliście przez cały wywiad to jestem przekonana, że przeniósł Was w czasie i mogliście razem z nami zajrzeć do dawnej synagogi, która jeszcze do niedawna straszyła swoim wyglądem. Jest to bez wątpienia barwna postać, zaangażowana w życie gminy i jej mieszkańców. Panie Piotrze – życzymy sukcesów i niesłabnącego zapału do działania!

Monika
ADMINISTRATOR
PROFILE

Najnowsze artykuły

Co ciekawego na ekranie

REPERTUAR

Powietrze w gminie